podróżuję po krańcach ambiwalencji.

Nigdy wcześniej nie byłam tak różnorodna. Odkąd zostałam mamą podróżuję po krańcach ambiwalencji. Mieszczę w sobie przeciwieństwa. Czucie tak szerokiej gamy na początku było zadziwiające. Dziś z uznaniem patrzę na tę wielość. Na czułość w koniuszkach palców dłoni, które setki razy w ciągu dnia przeczesują jego włosy, a wiem przecież, że w tym samym czasie mam w tych dłoniach siłę, co uniesie każdy trud. Jestem wodą, która płynie cicho i spokojnie; pojąc, karmiąc, dając schronienie i ukojenie a jednocześnie może wydrążyć każdą skałę. Śpiewam najdelikatniej i najsubtelniej by ukoić go przed snem i jestem w stanie wydać z siebie okrzyk, który otworzy świat (sprawdziłam przy porodzie, to skala głosu o której nie miałam pojęcia) Widzę dokładniej siebie i moich mężczyzn. Jednocześnie. Nie muszę wybierać. Już nie idealizuję, siebie również. Jestem szeroka, głęboka i wysoka. Jestem dumna i pokorna. Przeszczęśliwa i przeciążona. Gotowa dojść do każdego celu i skłonna odpuścić. Spełniona i stęskniona. Wolna i ograniczona. Chcę być w najczulszej bliskości i najcichszej samotności. Po paru latach wiem, że to nie jest o rozbieżności a o równowadze. Jestem doskonałą naturą. Macierzyństwo jest boskie. Nikt mi nie odmówi bycia stwórcą. A współżycie z cudem, nadało ważności, wartości i lekkości w tym niekiedy ciężkim byciu.

to minie – mamo

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *