Samozeżarcie. Czyli pozbyć się skłonności masochistycznych.

classy issue

Podążając za impulsem, któregoś dnia po kolejnej porcji bezy, zdecydowałam, że zaliczę głodówkę . To się tak zdarza, często, że na śniadanie jem kawałek ciasta, które zostało z poprzedniego wieczoru, w ciągu dnia łapie batona, zagryzę wafelkiem, wleje w siebie kaw i herbat parę, a herbaty to już są uznane za te zdrowe. A wieczorem kupię super kawał ciasta, który później zostanie na rano. I tak się kręci ta cukrowa machina żywieniowa.
A później jestem senna i nakręcona, i właściwie nie wiem jaka, co się kończy płaczem. I już pomijając dupę, która robi się coraz brzydsza, to myślę o mózgu, bo na jego pięknie mi najbardziej zależy. Mózg mój i każdy inny potrzebuje cukru i tłuszczu, ale może nie z codziennych serników, bez i innych czekoladowych tortów.

11 lutego zaczęłam dwutygodniowe przygotowania do głodówki. Odstawiłam na pierwszy tydzień ze swojego jadłospisu mięso, nabiał i słodycze.
Pierwszego dnia zaczęły się już myślowe kombinacje, czy na przykład jaglane polepione chrupki z miodem, a z tyłu napisane, że z cukrem i syropami glukozowo-fruktozowymi to dobre i można zeżreć, choć wiem, że nie. Czekolada gorzka jest gorzka, i to jest największy jej problem, a leży obok słodkich i właściwie tak samo wygląda. Mięsa nie muszę, nabiał chcę, ale dzień pierwszy przeżyłam. I tak sobie myślę, że to nawet nie o jedzenie chodzi, tylko o wieczne kłapanie dziobem. uzależniające, nawykowe. bo śniadanie długie lubię celebrować i sobie wyjąć na stół wszystko co mam w lodówce. bo do czytania, oglądania, bo po drodze, bo lunch, bo kolacja z nim i miło, i nieważne, że zjadłam godzinę wcześniej kolację z nią. i zaczynają się gdzieś i nie kończą pętle nawyków. Iga w środku mi krzyczy, że wystarczy, że za dużo, że boli później. A ta na zewnątrz Iga, wrzuci na tą w środku kawał pizzy, lody i wino i ‚shut a fuck up’. i tak latami. No to się w końcu sama na siebie zbuntowałam.

Kolejne dni mijały bez pożądania produktów wykluczonych. ku swojej i jego uciesze zaczęłam gotować, a on w cieciorce czuł mięso, a w selerze makaron.
Jem głównie oczami, lubię kiedy na talerzu jest estetycznie, bardziej mi wtedy smakuje, to taki podwójny smak, smak w smaku. Byłam zachwycona odkrywając stronę jadlonomia.pl gdzie znajdziecie całe mnóstwo wegańskich przepisów, okraszonych pięknymi zdjęciami. A moje dania wyglądały równie pięknie, pięknie pachniały i były smaczne. i nauczyłam się dużo.
i tak minął tydzień, i był to drugi w moim życiu tydzień, kiedy przez siedem dni nie tknęłam słodyczy. duma mnie rozpiera.

18 lutego rozpoczął się tydzień drugi, ostatni, przygotowujący do głodówki. W tym tygodniu w dalszym ciągu nie będę jadła mięsa, nabiału, słodyczy ani żadnych mrożonek, jeśli warzywa i owoce to tylko świeże. Nie piję też kawy ani mocnej herbaty. Jedynie wodę i herbaty ziołowe. Rano pozwalam sobie na gotowane zboża lub kasze z owocami i orzechami, co jest prawdziwą ucztą, biorąc pod uwagę, że od południa zjadam tylko surowe warzywa i owoce, no i piję soki.
Po 17 jeść nie zamierzam. i już czuję, że będę szalenie głodna. Przy takim trybie żywieniowym wchodzenie w głodówkę powinno być mniej uciążliwe.
Pomierzyłam się też tuż przed rozpoczęciem tego tygodnia. Mam 85 centymetrów w klatce piersiowej, 65 w talii i 90 w biodrach.
85/65/90 przy wzroście 175 cm.
Jestem ciekawa na ile się to zmieni.

20 luty i przed i po… i wieczorami jestem głodna! Szalenie. zjadam śniadania, lunche, dużo pracuję a więc zdarza się, że nie mam czasu na posiłek około 17, a po tej godzinie nic już nie jem. Przyzwyczajenie do wieczornych wielogodzinnych kolacji, ze stołem zastawionym sushi i lodami bije po głowie. Choć mam wrażenie, że tyko mentalnie. Nawyki krzyczą zaniedbane. A ciału nic się nie dzieje, nawet lepiej mu, lżej.
Zamawiam z zamiłowaniem wszelkie vege miski i celebruję posiłki. Nigdy nie cieszyłam się tak w przerwie pomiędzy pracami na surówkę czekającą na mnie w lodówce. To wszystko nowe, i dobrze, i o to chodziło. Poza tym, że nieco walczę z zabijaniem nawyków żywieniowych czuję się bardzo dobrze. Myślenie o jedzeniu zamieniam w działanie twórcze.
23 lutego był tłusty czwartek, od rana byłam na planie, z samego rana zjadłam na śniadanie pączka i… dostałam migrenę. Nie jestem pewna czy mogę wiązać ją z pączkiem. Pączka winić. Chcę oczyścić organizm między innymi ze względu na tę cholerę. mam nadzieję, że mój organizm będzie miał wreszcie czas by dobrać się do powodu nawet nie bólu głowy a poprzedzającej go aury.
Miewam migreny z aurą. Aura to specyficzne zaburzenia zmysłowe, występujące mniej więcej pół godziny przed bólem głowy. najczęściej miewam jednak aurę bez migreny i tym samym jestem w jakimś znikomym procencie takowych przypadków na świecie. moja aura objawia się widzeniem połowicznym i iluzjami fortyfikacyjnymi głównie. czasami dochodzi do tego drętwienie prawostronne, średnio przyjemna sprawa. Raz przeżyłam chwilową afazję, co przeraża do końca życia. Plusy sytuacyjne są takie, że jako aktorka liznęłam tematu, który większości nie jest dany, ale powtarzać tego stanu nie zamierzam, więc dbam najmocniej o mózg swój. Unosi się on na piedestale wartości i nie przewiduję zmiany tej pozycji.
Nie oskarżam pączka, to był jego dzień, ale czas po głodówce będę mogła przeznaczyć na sprawdzanie swojego ciała i jego reakcji na poszczególne produkty żywieniowe.

25 lutego powinnam rozpocząć dwa ostatnie dni przygotowawcze przed głodówką. Zamierzałam w tym czasie do godziny 17 jeść tylko surowe owoce i warzywa.
Moja praca jest jednak na tyle nieprzewidywalna, że dziś rano dostałam potwierdzenie planu filmowego, na którym będę występowała z czarną panterą. Wyjeżdżam w góry na trzy dni, a więc na ten czas przedłużę swoje wegańskie przygotowania. Ciężko mi przewidzieć jak będę się czuła podczas głodówki, więc wolę trzy początkowe dni spędzić w domu, a przynajmniej nie mieć pod kontrolą czarnej pantery. Lepiej byśmy w czasie nagrań obie nie głodowały.
Zostaję więc na kolejny tydzień w wegańskim ograniczonym trybie żywieniowym. Zaczynam się przyzwyczajać.

8 marzec. Przygotowań do głodówki ciąg dalszy, a właściwie kolejny początek.
Ciągłe bycie na planie wśród ciastek i sypanych kaw nie sprzyja. Mięsne cateringi i nic innego również; a to wszystko przecież po to by wyżywić męską, silną ekipę filmową, która na marchewkę reaguje alergią wzrokowo-myślową. Hotelowe menu w odległych zakątkach Polski, nie wie cóż to dieta wegańska.
„Może pierogi w takim razie, z kapustą i grzybami?” zapytała mnie pani kelnerka po tym jak nieśmiało zapytałam czy znajdzie się coś dla wegan. Zgodziłam się, wiedząc, że nic bardziej wegańskiego niż pierogi się nie znajdzie. Po czasie oczekiwania dowiedziałam się, że pani Wiesia, okrasiła pierogi boczkiem, „ale tylko na górze, można zdjąć, ale poprawia przecie ten boczek smak”. no i jem to, bo nic innego nie ma. A ja jak nie we francuskich zamkach jestem to w austriackich ogrodach, boso, w samych męskich podkoszulkach albo letnich sukienkach, bo przecież gramy, że jest super ciepło, a ciągle nasza polska zima trwa. i to solidniej niż w latach zeszłych. więc jem i pije herbaty jedna za drugą, bo zamarzać nie chcę, a tym samym przekładam głodówkę, a już dziś bym ją kończyła.
Więc postanawiam, pełna determinacji, że gdzie bym nie była, i co by się do jedzenia na stole nie działo, to się trzymam, próbuję, bo moje pracowe wojaże to never ending story z którego rezygnować nie zamierzam. Zajęta będę do końca swojego życia, więc…
8 marzec = ja kontra cateringi filmowe – kontra jeżyki, naleśniki i cappuccino z czekoladą.
Kolejny tydzień pierwszy i wiążące mnie z nim zalecenia to jak wcześniej: dużo wody, warzywa, owoce, soki, kasze i zioła. Do odstawki idzie mięso, nabiał, słodycze, kawa i mocna herbata. Czas start.

12 marca zaprosiłam do swojego nowego mieszkania najbliższych, ugotowałam cztero-daniową ucztę i wszystko wraz z nimi zeżarłam. Bezę z różą popiłam winem. Grzech ten natychmiast sobie wybaczyłam.

15 marzec to dzień rozpoczynający ostatni tydzień przed głodówką, zaczynam go wraz z gotowanymi zbożami na śniadanie i owocowo-warzywnymi popołudniami. Piję nie mrożone soki i jem wszelkie kolorowe, surowe, chrupiące witaminy, ale tylko do godziny 17. a po siedemnastej do rana, dam swojemu wnętrzu wypocząć. Duch też się przyłączy, a Ciało zabierze go na warszawskie wystawy, do filharmonii, na mniej lub bardziej kameralne wystąpienia i wszędzie tam, gdzie i on się pożywić może.

21 marca stwierdzam, że dałam dupy. Chorując, dałam fory przyzwyczajeniom; słodyczowym nawykom śniadaniowym i do-filmowej pizzy, co zdrowieniu pomaga tylko mentalnie i mam pełną tego świadomość. Głęboko wierzę, że głodówka lecznica zeżre cały ten wewnętrzny nieporządek.

22 marca zaczynam dwa ostatnie dni poprzedzające głodówkę, na tylko surowych owocach i warzywach i tylko do godziny 17.

23 marca tuż przed głodówką wypiłam czerwone wino i zjadłam amerykańskiego pączka okruszonego ciasteczkami. tak, wiem. po raz kolejny się potykam.
Oblizując palce z lukru czułam się rozczarowana, że w pączku zamiast czekolady był jagodowy dżem. i tylko tym. Wypiłam Senes.

dzień 1.
Jestem absolutnie podekscytowana. Dotarłam do tego dnia po przygotowaniach pełnych potknięć, ale trwających w nieustannym staraniu. Od ponad miesiąca nie jem mięsa, jadłam bardzo niewiele nabiału i zdecydowanie ograniczyłam słodycze.
Do wtorku mogę pracować stacjonarnie z domu, a więc w razie złego samopoczucia, mogę zawinąć się w kołdrę albo spokojnie iść na spacer. Myśląc o kołdrze, myślę o popcornie a wychodząc myślowo na spacer idę do kawiarni po kawę na wynos. Podejrzewam, że najtrudniejsze do pokonania będą nawyki. Planuję dziś każdy dzień głodówkowy, by nie zaprzątać sobie głowy niejedzeniem, zamierzam skupić się na działaniu. Posprzątać również wszelkie zaległe sprawy. Wrócić do zamierzeń, które zostały zaniedbane.
Żeby rozgrzać i rozruszać ciało codziennie zamierzam ćwiczyć jogę. Zawitała ona w moim życiu właściwie przed chwilą, ale pokochałyśmy się od razu. Jestem aktywna fizycznie od zawsze. Codziennie dużo chodzę, będąc nastolatką tańczyłam. W trakcie studiowania aktorstwa zajmowałam się wolną improwizacją i improwizacją ruchową. Opanowałam jazdę konną i szermierkę. Przez rok chodziłam na zajęcia z kaskaderki. Jeśli trzeba zrobię przerzut z szablą w dłoni. ale na siłowni byłam parę razy w życiu, z czego większość na tej licealnej, pachnącej dojrzewającymi chłopcami. W sieciowych, ogromnych siłowaniach skupiałam się bardziej na obserwacji przybyłych i ich zaskakującym niekiedy aktywnościom, zupełnie odbiegającym od aktywności fizycznej. Poza tym wiedza wielu trenerów o ludzkim ciele i jego funkcjonowaniu jest tak znikoma, że wiarygodność ich poglądów, które przekazują jako pewniki szalenie mnie zniechęca.
Jeden z poznanych przeze mnie siłownianych panów, przedstawiający się jako specjalista nie znał nawet podstaw anatomii ludzkiego ciała. Nie wrzucając wszystkich do jednego wora, rozumiem, że szaleństwa fitnessowe to aktualny trend. A wszędzie gdzie się pojawia, tam pojawiają się rzesze chętnych by zdobyć akceptację, poklask i pieniądze, a wśród nich hordy ludzi zupełnie niezainteresowanych tym co robią.

Wstałam o godzinie 6, o 18 czyli 12 godzin później z ogromnym zdumieniem stwierdzam, że nie jestem głodna. Ani przez chwilę w ciągu tego dnia nie dopadła mnie silna potrzeba zjedzenia czegoś. Było zdecydowanie gorzej kiedy jadłam przez cały dzień, a wieczorem musiałam sobie odmówić nawykowych posiłków.
Byłam dzisiaj na castingu, uczestnicy w poczekalni jedli obiady z pudełek, ktoś częstował piernikami, a ja nawet przez chwilę nie pozazdrościłam tego spożywania. Po drodze wstąpiłam do sklepu, kupiłam butelkę wody i parę paczek gum do żucia. Gumy będę żuć, bo nie wyobrażam sobie by mój oddech był nieświeży, a podczas głodówki, kiedy organizm oczyszcza się z toksyn, można podobno pachnieć niespecjalnie przyjemnie. Nie zaleca się używania kosmetyków innych niż te bio roślinne by ograniczyć przyswajanie choćby przez skórę jakichkolwiek składników chemicznych. Ja jednak szorować się, smarować pachnącymi balsamami, perfumami, odżywkami i innymi codziennymi kosmetykami będę. I żuć też, bez połykania.
(dodaję to zdanie już po wszystkim, informując, że się nie śmierdzi ani trochę, nie zauważyłam żadnej różnicy, w zapachu ciała, w kondycji skóry czy włosów, wszystko było w bardzo dobrym stanie)
Przemierzałam dziś sklepy spożywcze, mijałam piekarnie i wiele knajp. Pachnie zewsząd. Wszyscy jedzą, wszędzie jeść można. Jedyne na czym się złapałam to, że weszłabym coś kupić, bo zawsze to robię, nie dlatego, że rzeczywiście potrzebuję, a tym bardziej nie dlatego, że jestem głodna. Parę dni temu kupiłabym kawę z mlekiem, czekoladą i słodką bułeczkę. A dziś ominęłam to wszystko, uśmiechając się do siebie. No i wydałam dziś całe dwa złote i ileś groszy. Uwierzyć nie mogę.

dzień 2.
Wstałam i czuję się świetnie, lekko. Nie jestem głodna. Myślę o tym, bo większość myślowa przelewa się na analizowanie aktualnego stanu niejedzenia, ale fizycznie nie odczuwam ani ssania w żołądku, ani rozdrażnienia, ani nic co mogło by wprowadzać mnie w złe samopoczucie.
Z radością myślę o nadchodzącym dniu i braku rezygnowania z codzienności. Mam ochotę ćwiczyć, iść na spacer uczyć się tekstów. Popołudniu przyjmuję dziś gości, gotować nie będę, zamówimy coś dla nich, ale nie przeraża mnie wizja spędzenia towarzyskiego wieczoru ze znajomymi nie towarzysząc im w jedzeniu i piciu alkoholu.

A już przed południem czuję, że nie tryskam energią a moje serce bije szybciej. Uważnie przyglądam się temu co się ze mną dzieje.
Czułam się osłabiona i dużo spałam, pojawiło się też nieprzyjemne ssanie w żołądku.

Wieczorni goście pozwolili zapomnieć o głodówkowym samopoczuciu, jedli sushi, pili wino, a ja z powodzeniem uczestniczyłam przy kolacji, popijając wodę.

dzień 3.
Po przebudzeniu czuję się dobrze, nigdy chyba nie miałam tak wklęsłego żołądka.
W ciągu dnia byłam na zdjęciach próbnych. Znajomy aktor po przytuleniu mnie, powiedział, że jakoś mnie energetycznie mniej. To ciekawe, że zauważył zmianę. Jestem wyciszona, ale nie czuję się specjalnie inaczej niż zazwyczaj. Dziś mam już zdecydowanie więcej energii i nie czuję fizycznych objawów głodu. Staram się pić dużo wody.
Minął właściwie już cały dzień, a więc już dziś jestem pewna, że osiągnę zamierzone czterodniowe głodówkowe minimum, jutro jeszcze mogę sobie na to pozwolić.

dzień 4.
Albo się przez te głodówkowe dni rozleniwiłam albo czas euforii umysłowo fizycznej jeszcze u mnie nie nastąpił. Czuję się chuda i mała. Nie tryskam energią. Snuję się. Ciało nie upomina się o jedzenie. Mogę spędzić dziś cały dzień w domu. Przeważnie wstaję o 6, dzisiaj o 8 leżę jeszcze w łóżku. Trochę muszę się zmusić żeby zacząć działać.
Jestem nieco zawiedziona, że czwarty dzień nie niesie ze sobą jak czytałam otwartości umysłu i fizycznej siły.
Właściwie wyjście do sklepu po zakupy było męczące. Mam wrażenie, że moje ciało działa zupełnie odwrotnie niż te wszystkie ciała o których czytałam. Jutro będę cały dzień na planie, zdecydowanie potrzebuję energii.
Zauważyłam też, że najlepiej czuję się z samego rana i wieczorem, wszelkie ‚dolegliwości’ następowały w godzinach typowo jedzeniowych czyli pomiędzy 10-15. Może nie dla każdego jest to idealny czas na posiłki, ja sama nie stosowałam się nigdy do żadnych godzinowych zaleceń, ale po tych paru dniach czuję, że to właśnie w tym czasie moje ciało domaga się jedzenia.

dzień 5.
Żle spałam w nocy, położyłam się o 22, wstałam około 2 i byłam już wyspana. O ile nie mam żadnych problemów ze snem musiałam się zmuszać, żeby zostać w łózku do rana. Serce ciągle bije na zwiększonych obrotach. Nie nadszedł czas pobudzenia i zwiększonej energii. Czuję się rozdrażniona i chcę mi się płakać.
Mam nadzieję, że mechanizm autofagii nastąpił, choć w minimalnym stopniu.
Na śniadanie wypiłam sok z jabłek, pomarańczy, banana, marchwi i mięty, mocno rozcieńczony z wodą. Wspaniały. Od dziś wprowadzę rozcieńczone soki. Zupełnej głodówce na pierwszy swój raz już podziękuję. Nie wiem czy kiedykolwiek cieszyłam się tak na myśl o warzywach i owocach.
Sok jest najpyszniejszy na świecie i mam wrażenie, że jakieś dziesiąt minut po wypiciu go, siły wracają. W ciągu dnia wypiłam kolejne dwa i czuję się zupełnie normalnie.

dzień 6.
Kolejny dzień wychodzeniowy; sokowy, może nieco gęstszy niż wczorajszy. Obudziłam się z samego rana, pełna sił. Śpiewające o 6 iphonowskie ptaki, budzą mnie a ja bez ociągania podnoszę się z uśmiechem.
Rozmyślam nad połączeniami owocowo warzywnych smaków. Papryka + pomidory, pieprz. Kto by pomyślał, że takie połączenia będą wzbudzały we mnie radość.
Po trzech wypitych sokach, wieczorem w kinie zjadłam popcorn! Biorąc pod uwagę, że rodziłam się w kinie, jest to najbardziej pierwotna przeróbka warzywna na którą mogłam się skusić. Nic mi się po nim nie buntowało.
Zmierzyłam się też dziś, odwiedzając mamę, która stwierdziła, że jakaś jestem chuda, weszłam na wagę, czego nie robiłam od wielu miesięcy. Zdziwiłam się patrząc na migające cyferki. Ważę 54 kilogramy, moja waga od ostatnich dwóch lat wahała się w granicach 58-60 kg.
Mam 83/63/89 czyli wszędzie po centymetr, dwa mniej. Ok, ale cieszę się, że przerwałam wcześniej, jestem szczupła a więc efekt chudnięcia nie był tym pożądanym.

dzień 7.
W dalszym ciągu piję soki i zaczynam wprowadzać surowe warzywa i owoce, planuję być w takim trybie w miarę możliwości około tygodnia, później kolejne produkty wprowadzać stopniowo, obserwując swoje ciało. Dzisiaj pierwszy raz w życiu poczułam jak szalenie słodki jest banan, aktualnie zdecydowanie mogę nim zastąpić karmel. Myśląc o karmelu nie czuję pożądania za grosz.
Byłam dziś w jednej ze swoich ulubionych cukierni. Kupiłam tort i świeczki, wyskakując z ukrycia, odśpiewałam sto lat, pokroiłam tort i nie miałam ochoty nawet oblizać palca umazanego słodkim kremem. To był mój kolejny pierwszy raz, kiedy podczas urodzin nie spróbowałam świątecznego tortu.

1 kwiecień. Jem, starając się nie wracać z zapałem do pałaszowania śmieci. Ciało jest wdzięczne, ja sobie dziękuję za wytrwałość i poznanie nowego. Głodówki zamierzam robić w miarę możliwości raz w roku na wiosnę.

a nawet jak się parę dni później obżarłam jak wściekła, to moje ciało tak mnie pogoniło, skarciło i obwiniło, że dołek w który wpadłam dokładnie obejrzałam, zapamiętałam gdzie się znajduje, zakopałam i już się więcej nawet potykać o niego nie zamierzam.

Dbajcie o siebie.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *