
Cicho na zewnątrz, głośno w środku. Listopad w tym roku był o śmierci. O nieodwiedzonym cmentarzu, niezapalonych światłach. Tylko wiewiórki o poranku zabierające orzechy z rąk mojego syna przynoszą mi tym gestem trochę życia. Patrzę jak walczą ze strachem dbając o siebie. Podziwiam je, robię przeciwnie, nie zbieram zapasu, ostatnio oddaję się strachom nie dbając o siebie. Oddaję. Poddaję się w wątpliwość. Widzę braki. Swoje, jego, mojej matki. Wyobrażenia o tym co mogłoby być rozpuszczają się szybciej niż padający śnieg.Wieczorami przyglądam się cudzym życiom, zapominając o swoim. Patrzę na miernotę, pretensjonalność, nużącą mnie powtarzalność. Lajki to waluta – mówi do mnie rano. Trudno, nie oddam do przehandlowania tego co uważam za najcenniejsze, nie dla cudzego poklasku. Lubię ciszę. To moje bogactwo: spokój, pewność, uczciwość wobec siebie. Po dobrym filmie, zanim nastąpią brawa zapada cisza, chwila refleksji. Świadomego odczuwania po, a nie bezmyślnych braw przed dokładnym obejrzeniem. Tylko pobieżny rzut oka, aplauz wyrażony kliknięciem bez zastanowienia. Upadający na ekran kciuk, raz za razem, dodający innym złudnej wartości. Potrzebuję o swoje wartości dbać, kiedy trzeba ich bronić, nie dodawać sobie wartości w odbieralnej walucie, niech nikt poza mną tym nie zarządza, choć teraz nie mam siły. Z początkiem zimy nie mam siły na dyskusje. Słucham tego jak jestem nazywana, słucham o tym co czuję i co powinnam z tym zrobić. Słucham, dlaczego tak jest i na pytanie czy się zgadzam, po prostu wstaję i odchodzę, oblepiona cudzym zdaniem. Jadę na spotkanie, gdzie słucham o tym, że ludzie są głupi więc warto mówić do nich głupio. Ludzi trzeba pozyskać, później wyzyskać, by uzyskać sławę i pieniądze. Mów do nich jak do siedmiolatka – mówi ona. Żyję z jednolatkiem i od zawsze traktuję go jak partnera nie jak głupka. Słyszę jak on mówi do niego „ty gamoniu”, jak mama mówi do mnie „żeby ci nie odbiło”, jak ta obca kobieta w kawiarni patrząc mi prosto w oczy mówi „nie kosztem innych”. Nie swoim – mówię do siebie. Patrzę na siebie w lustrze i nie jestem pewna kto to jest. Tylko ten mały człowiek patrzy na mnie inaczej. Bez koncepcji, wyobrażeń i przymiotników. Woła „mami” i biegnie do mnie kiedy wchodzę do domu a ja merdam na jego widok. Chyba pierwszy raz w życiu czuję miłość której jestem tak pewna. To miłość w której zrozumiałam co może znaczyć chcieć oddać za kogoś życie. Zrobiłabym to bez wahania. Skoczyć w przepaść. Oddać wszystko co najlepsze bez analizy, ważenia utrat i korzyści. Cieszyć się z każdego sukcesu, wspierać naukę, być cierpliwym, chcąc uczyć się z nim i przy nim. Dodawać sobie by mieć więcej do podzielenia. To jest we mnie żywe. Matka we mnie jest żywa, szybka, sprawna i gotowa na wszystko. Reszta umiera. Włóczy się bez celu, czubkiem buta wydłubuje z ziemi cokolwiek, z pochyloną głową i rezygnacją, głośno wzdycha. A ja na to pozwalam, opłakuję, nie żegnam się licząc na to, że to tylko wakacje, zimowe ferie, które potrwają trochę dłużej niż dwa tygodnie. Kiedyś się skończą, kiedyś poczuję jeszcze niecierpliwość. Gorącą, żywą potrzebę stanięcia wysoko. Chęć wyrażenia się donośnym głosem, który ma do powiedzenia najpiękniejsze historie. Teraz jesteś tu. Przyzwyczajona już do tego domu, który cię nie zachwyca. Do wykonywania tych samych zadań. Do prania, zmywania, podnoszenia, przenoszenia. Kąpieli, która oczyszcza tylko na chwilę, ciepłej wody, która ogrzewa do momentu zanim moja stopa znów nie dotknie zimnej posadzki. Staję bosymi stopami na śniegu. Patrzę obcym ludziom prosto w oczy, szukam punktu w którym usłyszę albo zobaczę chwilę, która nie jest o codziennym marnotrawieniu życia. Patrzę na twarz ekspedientki, która mówi „dzień dobry” i „dziękuję” prosto w ladę. Patrzę na mijające się ludzkie sylwetki zapętlone w problemach własnych myśli. Jestem jedną z nich. Pcham swój wózek, spędzam czas analizując co zrobiłam nie tak, który ze schematów odtwarzam i jakie będą tego konsekwencje. Zamiast po prostu zobaczyć jak pada śnieg, usłyszeć jak skrzypi pod butami, rozkruszyć cały swój lód, poczuć głód, nabrać chęci i zrealizować zamiary. Po prostu żyć, nie umierać. Przedwcześnie ubrać choinkę, śpiewać świąteczne piosenki, piec ciasta i jeść je tak gorące by parzyło opuszki palców. Od ciepłego ciasta nie boli mnie brzuch. On boli od pielęgnowania przekonań o tym czego nie wolno i co jest nie tak. Odbieram wyniki badań, wszystko w normie. Wszystko w normie. Moja radość i mój smutek też. Teraz jest to, nie ma jutra, ani żadnej chwili, która nastąpi po tej. Nie ma się czego bać. Teraz wszystko jest w normie, choćbym przed chwilą przewidywała najgorsze. Teraz, tak naprawdę nie ma żadnych problemów. Kiedy przyciszę swoje myśli, zostaje tylko kojąca cisza. Bardzo wyraźnie słyszę w niej bicie własnego serca.