Orzechy arachidowe, kolorowym cukrem otoczone.

Dzisiaj jest pierwszy dzień jesieni. Kalendarzowo zaczęła się ona już dwadzieścia siedem dni temu, ale pachnie nią dopiero od dziś.
Dziś jedziemy wąską drogą wśród spadających liści do miejscowości Jaciążek.
90 parę kilometrów od Warszawy oddalonej. Tu po czyimś bankructwie, przed wojną, Stanisław Domoradzki ziemię kupił. Trzysta hektarów zdaje się. Salezjanom część wydzierżawił, pozwolenia z Rzymu pozyskując. Zabudował to miejsce dworkami i folwarkami, stawy i fontanny dodał. Od 1933 funkcjonowało w folwarku seminarium duchowne. W czasie wojny, Hitlera ludzie zakład przejęli, szkołę hitlerjugend w nim umieszczając. Po wojnie otwarto tam koedukacyjny dom dziecka dla dzieci osieroconych w czasie wojny. W 1951 dom dziecka przejęły władze państwowe. Trzy lata później na komisariacie policji urodziła się moja mama. Parę lat później przeszła przez próg domu dziecka w Jaciążku.
Kolory złota i szarości po drodze przeważają.
Znak przed wjazdem do wsi, do dawnego domu dziecka nas kieruje. Dziś znajduje się tam ośrodek wychowawczy. Cmentarz przy wjeździe. Widzę ją, w mojej wyobraźni ma lat może osiem. Spaceruje po cmentarzu z koleżanką, jedna z nielicznych rozrywek to jest. Czytają na głos nazwiska zmarłych. Idzie za koleżanką, daje się kierować. Jest posłuszna, pokorna. Patrzy uważnie.
Widzę ją jak spaceruje wzdłuż drogi sama, na swoje buty patrzy. Te same od dwóch lat. Stopa przez ten czas trochę urosła. Pięty poza ugniecione buty wystają.
Widzę ją jak chodzi wzdłuż ogrodzenia. Palcami przesuwa po metalowych prętach. Patrzy prosto w słońce, oczy przymyka.
Pod ogrodzeniem mija nas dwóch chłopców. Głośno muzykę z telefonu odtwarzają. Manieczki jakieś. Jeden z nich jest niewysoki. Ramiona szeroko ma rozstawione. Boi się. Ciałem strach swój przykrywa. Jak zwierzę się rozkłada, puszy, wielkość swoją chce pokazać, ponieważ niewielki się czuje.
To zachowanie jednak trochę mnie straszy. Nie szukam kontaktu wzrokowego.
Do sklepu wchodzą. Po piwo myślę. W tym samym sklepie kupiłam drożdżówkę. O kamyczki pytałam. Mama zawsze je jadła. Orzechy arachidowe, kolorowym cukrem otoczone. Kocham je całym sercem, choć nigdy mi nie smakowały. Widzę ją, jak siedzi na trawie. Kamyczki jeden po drugim do ust wkłada. Nie skupia się na nich. Nie próbuje, dobrze je zna. Parę na trawę się wysypuje.
Obchodzimy budynek, pod stopami kamienie się przesuwają. Oglądam uważnie każdy centymetr tej przestrzeni.
Kościół na terenie. Drzwi ma zamknięte. Połączony jest z resztą zabudowań. Dzwony i krzyże. Mgła i Jezus na cokole. Czoło jego ptasimi pazurami podrapane. Jezus zawsze jest smutny, nie wypada mu się uśmiechać. Umarł, cierpiał za nas rany. Jezu Chryste.
Głównym wejściem wchodzimy. W środku nie pachnie niczym. Paru chłopców na kanapach siedzi, bluzy w kapturach na torsach mają, w dłoniach telefony, oczy jak i Jezus opuszczone. Nie cierpią nawet za siebie. W gablotach puchary. Na ścianach dyplomy.
„Spotkałem niewidomego pokazał mi to czego wcześniej nie widziałem.”
Nie ma przecinków. Rozumiem.
Manieczki słyszę, mały młody mnie mija. Zamiast piwa, lemoniadę za szyjkę trzyma. Wychowankiem tego domu jest. Tutejszy. Wielokrotnie mnie mija, uwagę chce zwrócić. Niby nie, ale jednak. Czemu kurwa mówi. Czemu kurwa nie jedziesz do domu? – siedzącego na ławce chłopaka pyta.
Nie kochali cię w domu – zanim tamten zdąży usta otworzyć, mały sam sobie odpowiada.
Wyglądam przez wszystkie okna, chcę patrzeć jej oczami. Smutno jest na zewnątrz, daleko do domu. Daleko do wszystkiego. Na cmentarz tylko blisko.
Piękna pani w czym pomóc może pyta. Kim jestem tłumaczę, rękę podaję. Oprowadzić nas próbuje. Na ścianie Adam Nergal Darski wisi przed chorobą ostrzegając.
Do nowej części hotelowej państwa zaprowadzę, choć ona zamknięta dziś, nie ma się czym pochwalić – pani informuje.
Pragnę zobaczyć to miejsce takim, kiedy jeszcze nie było się czym chwalić. Kiedy drzwi były drewniane. Kiedy okna nie były plastikowe. Kiedy zapach końskiego łajna na podwórzu do nozdrzy się wkradał. Wtedy chcę tu być. Chcę widzieć dzieci po placu biegające. Chcę widzieć dzieci tęskniące. Płaczące. Chcę ją widzieć, kiedy kamyczki jeden po drugim do ust swych dziecięcych wkłada. Chcę wiedzieć co myśli, jak czuje. Chcę być nią. Jestem nią. Moje DNA w połowie to ona. Ona to ja.
Chłopcy za rogiem papierosy palą.
Wracając Szym mi opowiada, na pola spoglądając, że kiedy był mały chciał się kochać w wyspie z drzew, które samotnie wśród pól wzrastają.
Trzydzieści lat później, pragnę spełnić jego marzenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *